środa, 2 listopada 2022

Powariowali!

Nie inaczej. Kilka dni temu leżę ja sobie, proszę ja Was, w łóżku, normalnie, po kociemu, a tu pojawia się sąsiadka i zamiast najpierw kulturalnie zagadać jak się mam, to jej wtedy mógłbym powiedzieć, że świetnie, hyc z parapetu i do moich mich. Zjadła mi wszystko, wszyściutko, i mokre jedzenie, i suchy deser co miauem odłożony na później, jak zawsze. Nawet za bardzo mi nie podziękowała (pewnie się będzie tłumaczyła że spałem) i sobie poszła. W zasadzie to ja jestem spokojny, i nie byłoby tematu, rodzice akurat byli na łowach, poza tym mogło mi się to śnić, tak czy nie? Zdarzają się takie rzeczy, że czasem nie wiadomo, czy coś było naprawdę i czy można by to było łapą namacać. Tylko, że koleżanka wróciła jeszcze dojeść to, co dostałem później, kiedy Madka pokręciła głową, że coś mam duży apetyt. I wtedy to już została nakryta ... a potem wróciła jeszcze dwa razy, żeby ją nakryli jeszcze bardziej i nieodwołalnie. Potem rodzice (w szczególności Madka) tak się na mnie paczali, jakbym sam sąsiadkę zaprosił. A jak ja ją mogłem zaprosić, kiedy spałem sobie i śniłem o mysim pasztecie? To było kilka dni temu, ale niestety trzeba ponieść takie coś, co się nazywa konsekwencje. I ja właśnie ponoszę. Rodzice albo zamykają okno na noc, albo zamykają drzwi pomiędzy sypialnią a korytarzem, gdzie mam michy. I teraz wyobraźcie sobie jak można spać, kiedy się budzicie i zastanawiacie się, czy w misce zostały jeszcze chrupki czy nie, a nie możecie sprawdzić, bo drzwi zamknięte. Przez to myślenie po nocy to mam oczy podkrążone, a że jestem kotem, to nikt nie widzi. 

A jeszcze w dzień o nazwie poniedziałek ludzie strzelali do kotów. Najprawdziwsza prawda! Czasem blisko, czasem daleko, i takie rozbłyski były na niebie. Mnie za bardzo niebo nie obchodzi, chciałem tylko pójść na spacer i wyobraźcie sobie, że wtedy do mnie strzelili i dobrze, że mam szybki lefreks, bo zanim się coś złego stało, to już byłem z powrotem w domu, aż się Ojciec zdziwił, że ja tak szybko umiem być z powrotem. 

Piszę Wam to wszystko tak długo z emocji, bo dzisiaj w domu utknąłem. Okno było zamknięte cały czas i nadal jest zamknięte. Może to dlatego, że jest brzydka pogoda, ale sobie tak myślę, co jeśli nie? Jeśli to już będzie tak na zawsze, zostanie? Ja wiem, że Koty Niewychodzące tak mają, ale ja jestem Kotem Wychodzącym, to jest inny zupełnie gatunek. Co byście zrobili w takiej sytuacji, gdybyście byli Kotem Wychodzącym, takim jak ja? Napiszcie, to jak się obudzę to przeczytam.

Wasz Ryszard. 

9 komentarzy:

  1. Trzeba, Ryszardzie, dużo i głośno miauczeć, najlepiej głęboką nocą. Na bank Madka z Fredem zmienią wtedy zdanie i wrócą ci pełną wolność.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, chyba Rysia pchasz na minę, bo gdy nasz kot jest zbyt dokuczliwy nocą, dostaje eksmisję z sypialni, a za zamkniętymi drzwiami, to już może robić co chce, mnie to nie rusza, ja z Krisem kiedyś mieszkałem, a z nim wymiękali nawet kryminaliści.

      Usuń
    2. @Dariusz, sytuacja się wyjaśniła, ale z tym miauczeniem, to nie wiem ... takie miauczenie to jednak jest męczące. A jak bym w kuchni utknął, to co wtedy? To już nie mógłbym Madki pacać po głowie na śniadanie. Też niedobrze.

      Usuń
  2. Oj Ryszardzie, to dopiero była zagwozdka😉

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Morgana, to prawda, ale ufff, już jest normalnie. Mam nadzieję, że nigdy nie będzie tak, że będe Kotem Niewychodzącym, bo byłbym smutny z tego powodu.

      Usuń
  3. No nie masz, Ryszardzie lekko...kombinuj, jesteś mądrym kotem!
    jotka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @jotka, rzeczywiście jestem mądry. Na szczęście już jest tak jak się umawialiśmy wcześniej i jest mi bardzo dobrze.

      Usuń
  4. hi Ryszardzie...
    u nas też się działo coś dziwnego, było trochę zamieszania i niemiłego klimatu, widziałam tylko Hamleta bardzo smutnego i takiego jakby niedomytego, złachanego na futrze... potem widziałam pudło Hamleta na podwórku, wolałam się schować profilaktycznie na ten widok i trzymać się z daleka od domu... ale już później jakby napięcie zniknęło, a gdy spotkałam Hamleta uśmiechnął się do mnie i zobaczyłam, że nie ma jednego zęba, takiego wielkiego z przodu... dopiero Tofik mi opowiedział, że Hamleta wywozili w tym pudle, że nic nie jadł od paru dni i dopiero niedawno zaczął znowu... ja z Hamletem koleguję się raczej na dystans, ale to jednak rodzina, więc cieszę się, że jest zdrowszy...
    miauł, Krajka =^-.-^=

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Krajka, dobrze, że wszysko lepiej z tym bez zęba. Czasami to są takie dziwne historie, że nie wiadomo co powiedzieć, ale jest smutno i straszno. Bo wiesz, niby z kimś jesteś na dystans, ale jak on potem już umiera i go nigdzie nie można znaleźć to czegoś brakuje. Ja tak miauem z Rabladorem, co mi deptał po moim ogródku. I wiesz mam takie marzenie, żeby mieć własnego Rabradora. Rodzice mówią, że by go nazwali Boleś. To jest chyba dobre imię, przynajmniej tak mi się wydaje.

      Usuń