Bardzo nie lubię. Od razu wiedziałem co się święci, gdy Madka przyniosła ze schowka taką moją specjalną budkę. Jak jest się chorym, to mogą Was włożyć do takiej budki i wtedy się jedzie. Ja oczywiście zawsze protestuję, bo to nic dobrego. Nie wiem po co pojechałem, zawracanie tylko głowy. Pamiętam, raz byłem taki słaby, że nawet nie miauem siły miaukać, no ale to co innego, wtedy to nawet zostałem w tym miejscu na noc i myślałem, że już do domu nie wrócę, bo to strasznie daleko, a mi tak się chciało spać. A teraz to nie wiem, trochę mnie uszy swędzą i mama sobie wymyśliła, że coś na szyi rozdrapuję. Nie wiem, tam nie widzę, poza tym, jak mam nie rozdrapywać, jak to swędzi? Pojechaliśmy z jedną miłą sąsiadką, mamą takich głupich, grubych kotów. I tam była taka pani, i ona mnie wypuściła z budki. Oczywiście, powiedziałem jej zaraz co o tym jej dotykaniu bez zapytania się i oglądaniu myślę. Udało jej się mnie uszczypnąć, ale nie trwało to długo. Szybko wsadziła mnie z powrotem do budki i bardzo dobrze. Jeszcze pomazała mi czymś na szyi, ale tak bez sensu, bo nie mogę tam dostać, żeby polizać. Czyli widzicie, z tego jeżdżenia do lekarza tylko kłopot wynika.
A to już ja po tym całym nieszczęściu i po zjedzeniu pasztecika, na spacerze z Madką:
Sami powiedzcie, czy ją wyglądam na chorego?
Wasz Ryszard.

Tylko jeden pasztecik był? Za tyle dyskomfortu powinny być przynajmniej dwa.
OdpowiedzUsuńWłaśnie, to samo mamie miaukałem!
UsuńOj, Ryszard, ludzie tez nie lubią się z lekarzami...
OdpowiedzUsuńMiau. Ale z tymi uszami to chyba było trochę racji ...
Usuńostatnio Krajka odbywa wycieczki w budce, teraz jest chwilowa przerwa, ale to jeszcze nie koniec epopei, niestety...
OdpowiedzUsuńprzy okazji w poniedziałek załapały się do ekipy Lucek I Hamlet, tak w ramach dorocznego przeglądu i szczepienia... w sumie wszystkie zniosły to dobrze, u weta były grzeczne, może poza Luckiem, który darł japę a la longue i w końcu postawił w budce stres - kloca, ale on nigdy zbyt odważny nie był...
za to czwarty, Tofik, przezornie dzień wcześniej ewakuował się "na miasto", trochę niepotrzebnie, bo czwarta budka gdzieś wsiąkła w domu i nikt nie wie, gdzie jest... ale przyjdzie jego pora, jak to mówią "namierzony daleko nie ujdzie"...
p.jzns :)
Widzę, że masz ręce pełne roboty ze swoją dzieciarnią futrzastą. U nas kontenerek został już nawet wyniesiony do szopki, ale trzeba go było przynieść z powrotem, bo się nam Ryszard rozchorował na dobre (on sam się wypowie na ten temat). I teraz już nie wiem, co mu zaszkodziło: sztorm kilka dni temu, gdy długo łaził w wietrze, poprzednia wizyta u weta (wiadomo, dużo innych, chorych zwierząt), reakcja na poprzedni lek, jakieś inne COŚ. Jest za dużo mozliwości, martwię się.
Usuń